Archiwum kategorii: Racja stanu

Toksyczny splot

źródło: NaszDziennik.pl, Anna Zechenter, 2014.04.19

Niemcy chcą zemsty, my chcemy rewolucji. W tym momencie nasze interesy są takie same, ale kiedy nasze drogi rozejdą się, Niemcy będą naszym największym wrogiem” – ogłosił Lenin w 1920 roku. Dziś, prawie wiek później, w momencie formowania się nowego porządku w Europie, Rosja i Niemcy znów skazane są na siebie, a ich wzajemne stosunki stanowią mieszaninę fascynacji i nienawiści.

Moc więzi między Moskwą a Berlinem przelicza się na miliardy euro – zainwestowane oraz zarobione na wymianie handlowej. Podobnie jak w okresie międzywojennym, z tą wszakże różnicą, że wówczas wszystko działo się w tajemnicy: Niemcy – ograniczeni traktatem wersalskim – budowali niemieckie zakłady zbrojeniowe w ZSRS, a Sowieci korzystali na tym, otrzymując nowoczesne technologie oraz część niemieckiej produkcji.

Idea zbliżenia narodziła się jeszcze przed Rapallo. W 1920 roku organizator powersalskiej Reichswehry, gen. Hans von Seeckt, pisał: „Tylko dzięki ścisłej współpracy z Wielką Rosją Niemcy mają szansę zyskania pozycji siły liczącej się na świecie (…). Polska, Litwa, Łotwa zostały utworzone jako ściana oddzielająca Niemcy od Rosji”.

A Lenin dodawał: „Niepodległość Polski jest bardzo niebezpieczna dla Rosji Sowieckiej, ale możemy liczyć na Niemcy, które chcą połączyć się z nami, aby Polskę zdławić”.

O konkretach zaczęto rozmawiać po dwóch latach. Po sekretnym spotkaniu delegacji sowieckiej i niemieckiej w hotelu w Genui nocą z 15 na 16 kwietnia 1922 roku („konferencja w piżamach”) rankiem podpisano w Rapallo układ, który pozwolił z wolna wydźwignąć się obu państwom z zapaści. Pod Moskwą powstała fabryka samolotów Junkersa; produkcję uruchomił Krupp; gazy trujące wytwarzano w Trocku; fabryki amunicji powstały w Leningradzie, Tule i Złatouście; w stoczniach Leningradu i Nikołajewa budowano krążowniki i łodzie podwodne. Wyprodukowanym sprzętem dzieliły się Reichswehra i Armia Czerwona. W zorganizowanych przez Niemców szkołach lotniczych w Lipiecku i Borysoglebsku trenowali niemieccy i sowieccy lotnicy, a w ośrodku dla wojsk pancernych w Kazaniu – czołgiści.

Dojście do władzy Hitlera przerwało wprawdzie na czas jakiś tę współpracę, lecz i on zdał sobie w końcu sprawę z tego, że surowce może dostać tylko z Rosji. Dlatego już w 1935 roku podpisał układ zapewniający Sowietom ogromne kredyty. Stalin miał swoje powody: stawiał na wzajemne osłabienie się krajów „kapitalistycznych”, w tym Niemiec, planując równocześnie ekspansję terytorialną. Hitler z kolei musiał zniszczyć Polskę, by utorować sobie drogę w głąb Europy, bo obawiał się, że Polska wypełni swoje sojusznicze zobowiązania wobec Zachodu, uderzając w przypadku wojny na Niemcy. Ukoronowaniem „mądrości etapu” było zatem podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow i rozbiór Polski w 1939 roku. Dostawy niemieckich obrabiarek i czołgów w zamian za sowieckie surowce trwały aż do uderzenia III Rzeszy na ZSRS w 1941 roku. Wielu historyków nie ma dziś wątpliwości: zwycięstwo Sowietów w II wojnie światowej nie byłoby możliwe bez materialnego i technologicznego wsparcia III Rzeszy.

Lat siedemdziesiątych czar

Po wojnie, gdy w RFN dobiegły końca rządy chadeków, władzę w 1969 roku przejęli socjaliści, tradycyjnie ciążący ku ZSRS. Nastały lata 70. – rozpoczęło się tzw. odprężenie między Wschodem a Zachodem, którego podstawą w Europie była niemiecka Ostpolitik. Powszechne nastroje pacyfistyczne rozniecane przez sowiecką agenturę i znużenie retoryką zimnowojenną pozwoliły realizować Moskwie operację o kryptonimie operacyjnym „Zachód”. Zbliżenie służyło komunistom do moralnej i militarnej demobilizacji Zachodu. Dziś wiadomo, że w erze Willy’ego Brandta w centrum władzy Moskwa ulokowała całą plejadę agentów. Dla Rosjan pracował jeden z głównych architektów Ostpolitik Karl Wienand – za 10 tys. marek miesięcznie. Były to czasy słynnego „kanału Kieworkowa”, uruchomionego na prośbę Brandta skierowaną do Sowietów o możliwość „poufnej wymiany myśli”. Ówczesny szef KGB Jurij Andropow skorzystał natychmiast z zachęty.

Wiaczesław Kieworkow, rezydent KGB w RFN, we wspomnieniach „Tajny kanał” pisze, że sekretarz stanu i prawa ręka Brandta, Egon Bahr, zaproponował bezpośrednie kontakty, a następnie spotykał się z przedstawicielem Moskwy w Berlinie Zachodnim. Bahr, ochrzczony przez KGB pseudonimem „Dawid”, przyznał, że zdawał sobie sprawę z tego, z kim rozmawia. Jego zdaniem, Willy Brandt też doskonale wiedział, kogo reprezentuje Kieworkow.

„Kanał” przydał się, gdy chadecka opozycja podjęła w 1972 roku próbę obalenia rządu Brandta, uznawszy traktat ZSRS – RFN za „zdradę interesów narodowych”. Andropow zapytał wtedy Bahra za pośrednictwem Kieworkowa, czy można kupić głosy kilku posłów opozycji, i zarezerwował na ten cel 200 tys. marek. Zawsze pomocna enerdowska Stasi przekupiła dwóch deputowanych – i do uchwalenia wotum nieufności zabrakło w Bundestagu dwóch głosów. Jednym ze zdrajców był Julius Steiner, który zadowolił się 50 tys. marek, które – jak twierdzi – dostał z rąk samego Karla Wienanda. Sprawa drugiego deputowanego, zmarłego już Leo Wagnera, nie została wyjaśniona. Wobec samego Bahra nie wszczęto postępowania, ponieważ nie udowodniono mu działalności agenturalnej.

Więzi niemieckiej lewicy z Moskwą sięgały dawnych czasów: do dziś nie udało się ujawnić w pełni roli Herberta Wehnera, wiceprzewodniczącego SPD od 1964 roku, przyjaciela dwóch kolejnych przywódców NRD, Waltera Ulbrichta i Ericha Honeckera, jeszcze z lat 30. XX wieku, gdy wszyscy trzej jako niemieccy komuniści znaleźli schronienie w Moskwie. W 1966 roku Wehner został ministrem do spraw niemiecko-niemieckich i rozpoczął rozmowy z ówczesnym pierwszym sekretarzem w NRD, Ulbrichtem. Wiadomo też, że jeździł potajemnie do Honeckera. Ograniczył swoją aktywność dopiero wtedy, kiedy Urząd Ochrony Konstytucji poinformował Willy’ego Brandta, że Guenther Guillaume, jego osobisty sekretarz, jest płatnym agentem Stasi, a w zasadzie KGB. Skandal kosztował Brandta karierę polityczną.

Niemcy „rozumieją” Rosję

Następca Brandta, kanclerz Helmut Schmidt, do dziś nie rozstał się z przekonaniem, że Rosja jest Niemcom potrzebna. Pod koniec marca tego roku 95-letni socjaldemokrata okazał zrozumienie dla aneksji Krymu przez Putina. Sankcje uznał, rzecz jasna, za „głupotę”, bo „uderzą w Zachód tak samo jak w Rosjan”. I pochwalił Angelę Merkel za „ostrożność”. Wicekanclerz i szef MSZ od grudnia 2013 roku, Frank-Walter Steinmeier, też rozumie Putina. Wielbiciel gry Siergieja Ławrowa na gitarze irytował podczas swojej poprzedniej kadencji w MSZ nawet lewicowe media. „Berliner Zeitung” pisała o nim w 2009 roku, gdy odchodził po raz pierwszy z MSZ: „Nie ma w całej Europie drugiego ministra spraw zagranicznych, który był tak mile widziany w Rosji jak Steinmeier. Uosabia wszystko, co ceni się na Kremlu: kontynuację przyjaznej wobec Rosji polityki Gerharda Schroedera, polityki nastawionej na robienie interesów bez słowa krytyki pod adresem rosyjskiego autorytaryzmu. Osoba Steinmeiera stanowiła gwarancję, że Niemcy postrzegać będą Rosję także po odejściu Schroedera jako najbliższego europejskiego partnera”. Szef niemieckiej dyplomacji doskonale pojmował niechęć Putina do planu zainstalowania w Polsce tarczy antyrakietowej i ubolewał na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”: „W Polsce trauma rozbiorów kraju przez Niemców i Rosjan do dziś ma wpływ na decyzje polityczne”.

Teraz podróżuje na Ukrainę, gdzie spotyka się w cztery oczy z najbogatszym człowiekiem w kraju, „ojcem chrzestnym” Doniecka, wycenianym na 18 mld dolarów Rinatem Achmetowem, który wspierał finansowo Janukowycza w 2004 i 2010 roku i reprezentuje w parlamencie Partię Regionów Janukowycza. Jest właścicielem firmy System Capital Management, kontrolującej większą część ukraińskiego przemysłu metalowego i węglowego na wschodzie. „Steinmeier wydawał się bardzo zadowolony po tej rozmowie” – pisała „Sueddeutsche Zeitung”.

Gerhard Schroeder, kanclerz z ramienia socjalistów, który przed odejściem ze stanowiska w 2005 roku zdążył podpisać z Rosją umowę o budowie Gazociągu Północnego, by potem zająć w konsorcjum operatora Nord Stream lukratywną posadę, też spieszy ze wsparciem dla Putina. Kiedy w 2008 roku prezydenci krajów Europy Środkowej ratowali pod przywództwem Lecha Kaczyńskiego gruzińską niepodległość w Tbilisi, on mówił: „Rosja poczuła się okrążona, musiała reagować”. Teraz, gdy Putin podbija na oczach świata Ukrainę, powtarza znów, że „Rosjanie poczuli się zagrożeni” przez Zachód, który niepotrzebnie planował umowę stowarzyszeniową z Ukrainą, „każąc Ukraińcom wybierać między Ukrainą a Rosją”.

Co Steinmeier powie, gdy Putin każe wybierać Polakom między Polską a Rosją? Steinmeier, który uważa Putina za „demokratę bez skazy”, który błaźnił się, jeżdżąc z nim na traktorze?

Moskiewska pajęczyna

Także wielki biznes ma powody, by protestować przeciw sankcjom. Niemcy są drugim co do wielkości partnerem handlowym Rosji. Według niemieckiej Izby Handlu Zagranicznego, w 2013 roku działało w Rosji 6200 niemieckich firm – o 100 więcej niż rok wcześniej. Włożyły one w sumie około 20 mld euro w fabryki i inne przedsięwzięcia. Volkswagen w ciągu ostatnich sześciu lat zainwestował 1,3 mld euro w Kałudze pod Moskwą, a planuje kolejne 1,2 miliarda. Od stanu stosunków rosyjsko-niemieckich zależy dziś 400 tys. miejsc pracy w RFN. Dlatego wszystkie wielkie koncerny zachowują się bardzo powściągliwie w ocenie sytuacji w Rosji. Rzecznik BMW mówi: „Na dystans trudno jest dokładnie oceniać procesy zachodzące w Rosji lub na Ukrainie”. Fraport, który ma 35,5 proc. udziałów w lotnisku Pułkowo w Sankt Petersburgu, nie wypowiada się w ogóle. Kontrakty z Rosją dają 20 proc. jego obrotów.

Federalny Urząd Statystyczny informuje, że w roku 2013 Niemcy dostarczyły Rosji towarów za 36,1 mld dolarów, a wielkość handlu między oboma krajami zamyka się kwotą 76,5 mld euro. Juergen Fitschen, figura na rynku finansowym, m.in. jeden z prezesów Deutsche Bank, obwieścił: „Musimy uniknąć za wszelką cenę nowej zimnej wojny, bo w przypadku sankcji Rosja jeszcze bardziej się zdystansuje od Zachodu – politycznie i gospodarczo”.

Zawsze ta troska Zachodu o „ucywilizowanie” Rosji przez zbliżenie… A przecież to Moskwie zależy na tym, by opleść Zachód siecią zobowiązań i uczynić go bezbronnym w kryzysowych momentach. Niektóre firmy są tak mocno związane z Rosją, że „sankcje zagroziłyby ich egzystencji” – twierdzi prezes Stowarzyszenia Handlu Zagranicznego (BGA) Anton Boerner. Grozi nawet, że Rosja mogłaby niemieckie przedsiębiorstwa… wywłaszczyć. Jak w czasach likwidacji polityki NEP?

Obywatele RFN są przestraszeni tak bardzo, że zapomnieli o obrazach z Majdanu i własnym oburzeniu na Putina – większość jest przeciw sankcjom: nie chcą stracić miejsc pracy, boją się spadku tempa wzrostu gospodarczego.

Caryca Angela sprzyja

A nad wszystkim czuwa kanclerz Angela Merkel – wychowana w domu „czerwonego pastora” Horsta Kasnera, który służył władzom NRD do rozbijania Kościoła ewangelickiego, zapatrzona w portret carycy Katarzyny II stojący, jak wieść głosi, na jej biurku. Czasem zarzuci Putinowi „łamanie praw człowieka”, napomknie o „utracie przez Putina kontaktu z rzeczywistością” – jakie to ma jednak znaczenie? Prywatne koncerny pilnują własnych interesów, a Merkel nawet nie sugeruje im zmiany stanowiska. Tajemnicą poliszynela jest, że w rozmowach z Komisją Europejską sprzyja Rosjanom.

Kiedy latem Gazprom przejmie, zgodnie z podpisanymi już umowami, znaczną część niemieckich gazociągów i magazynów w zamian za udostępnienie Niemcom swoich złóż, nowe drogi przesyłowe – razem z tymi, które Gazprom kontrolował wcześniej – uczynią z RFN najszerszy trakt na rynki Zachodu.

„Czas pokaże, czy na gruzach Europy powstanie niemiecka hegemonia czy komunistyczna federacja” – mówił Lenin. Na razie stoimy przed nową odsłoną starego dramatu: niemiecka dominacja jest aż nadto widoczna w starej Unii, a Rosja, chociaż wciąż gospodarczo słaba, nabiera sił za pieniądze Zachodu. Głównym graczom Polska będzie przeszkadzać – tak jak przeszkadzała w 1918 roku, potem w 1920, 1939, wreszcie w 1945. Napór z obu stron narasta powoli, lecz nieustannie. Znów jesteśmy w kleszczach. Jak długo jeszcze pozwolą nam cieszyć się tym tworem państwowym, który dostaliśmy jako produkt uboczny transformacji komunizmu?

Prof. Nowak: Putin chce podporządkować sobie całą Europę

źródło: Stefczyk.info, 2014.03.18

putinaneksajSICelem strategicznym Władimira Putina jest uzależnienie całej Europy od Rosji – uważa prof. Andrzej Nowak. On chce przekształcić ją w zaplecze technologiczno-finansowe imperium rosyjskiego.

Stefczyk.info: Czy dzisiejsze wystąpienie Władimira Putina z całą jego bizantyjską oprawą była adresowane bardziej do Zachodu, czy do Rosjan?

Prof. Andrzej Nowak: Zawsze wystąpienia Władimira Putina są bardziej adresowane do Rosjan i jego zaplecza politycznego, od którego zależy jego los. Bo z całą pewnością nie leży on w rękach Zachodu, który cały czas pokazuje jego słabość. Natomiast Władimir Putin wie, że może stracić władzę w momencie, gdy pokaże słabość swoim kolego z KGB, którzy zazdroszczą mu sprawowanej od 13 lat władzy, zgromadzonego majątku i wpływów. Wie też, że może stracić ją w wyniku społecznego niezadowolenia, które niewątpliwie będzie się pojawiało wraz z wyczerpywaniem się zdolności państwa rosyjskiego kupowania spokoju społecznego za petro, czy gazo dolary.

Czy Rosja udźwignie gospodarczo aneksję Krymu? Część komentatorów zwraca uwagę, że do tej zdobyczy terytorialnej będzie musiała sporo dołożyć, bo na tym terytorium nie ma bogactw naturalnych… Czy to może być odczuwalne dla społeczeństwa rosyjskiego?

Jeśli sprawdziłby się ten najdramatyczniejszy scenariusz i rozwój wypadków zacząłby się ocierać o konflikt militarny, to ceny ropy i gazu z całą pewnością pójdą w górę, przynosząc dodatkowe zyski, choćby na krótki czas Władimirowi Putinowi.  Jeśli natomiast ta temperatura politycznego konfliktu zostanie wychłodzona, to Władimir Putin może zyskać coś innego – mianowicie jeszcze jeden dowód swojej nieomylności w oczach swoich „poddanych”. Pokaże im, że potrafi być skuteczny, że wszyscy się go boją – na całym świecie. Może tutaj liczyć na ten fenomen, który Adam Mickiewicz opisał w III części Dziadów, gdzie filozofię rosyjskiego niewolnika streścił tym zdaniem: „Ja- niewolnik, ale niewolnik cara całego świata”.

Czy spodziewa się pan, że włączenie Krymu do Rosji zaspokoi apetyt Putina? Czy skupi się teraz na skonsumowaniu tego sukcesu? Czy też stanie się to, czego wiele osób się obawia  i jego celem stanie się teraz wschodnia Ukraina a może i inne kraje?

Z całą pewnością Władimir Putin nie zamierza kończyć z agresywną polityką. To by było sprzeczne z tym wszystkim, co robił do tej pory. Jestem absolutnie przekonany, że będą następne etapy agresji i następne jej ofiary. Natomiast nie znaczy to bynajmniej, że w najbliższych tygodniach, może nawet miesiącach, Władimir Putin nie wystąpi jako „anioł pokoju” . Może ogłosić, że to jest na razie wszystko. Że więcej nie potrzebuje, że chodziło mu jedynie o współziomków zagrożonych przez faszystów z Kijowa i że normalny świat powinien to zaakceptować.

A czy przypadkiem zachód już tego nie zrobił? Niezależnie od deklaracji o sprzeciwie i potępieniu? Czy jest jeszcze szansa na skuteczną interwencję?

Myślę, że mogliby to zrobić tylko Ukraińcy i Rosjanie, może Tatarzy. Natomiast nie widzę Zachodu w tej roli. Dostrzegam za to coraz głośniejszą putinowską narrację – w ważnych ośrodkach wpływu na Zachodzie. Wiadomo, że z taką narracją występuje Goerhard Schroeder opłacany jako jeden z dyrektorów Gazpromu. Ale dzisiaj z zupełnie niesłychanym tekstem wystąpił były wyskoki urzędnik  Brukseli Gunter Verheughen, były komisarz ds. rozszerzenia Unii, który powiedział, że problemem w Europie Wschodniej nie jest Rosja, która nie prowadzi żadnej agresywnej polityki ale faszyści z Ukrainy. Myślę, że jest to wskazówka, że Władimir Putin może liczyć na osłabienie tego chwilowo niekorzystnego układu dla Rosji jaki wywołuje agresja na Ukrainę i oderwanie Krymu.

Czy jest realne uniezależnienie się Zachodu od dostaw rosyjskiego gazu?  Przywódcy Europy mówią o takim rozwiązaniu, ale czy jest ono możliwe?

Gigantyczne interesy są zaangażowane w to, żeby taka koncepcja się nie zrealizowała. To są interesy Nordstreamu, w którym udziały mają największe firmy Niemiec, to są udziałowcy Southstreamu, który powstał równolegle, gdzie są zaangażowane miliardy euro firm włoskich, austriackich i francuskich. A wiec dziesiątki a nawet setki miliardów euro z ważnych krajów Unii są zaangażowane w przedsięwzięcia, które łącza je z Władimirem Putinem,  z ta strategią uzależniania energetycznego krajów Europy od Rosji. I to jest jeden problem.

Drugi jest taki, że są jeszcze inne dziesiątki, setki miliardów euro zaangażowane w to, żeby nie powstała solidarność energetyczna Europy, ponieważ zagraża ona np. lobby zwolenników oparcia energii na elektrowniach atomowych, która dominuje we Francji, lobby zielonej energii, która funkcjonuje w Niemczech, a jest kompletnie nie adaptowalna do polskich warunków. Te wszystkie lobby połączone z potęga zielonych będą protestowały np.  przeciwko budowaniu infrastruktury dla gazu łupkowego.

Jednym słowem Putin może liczyć na różne środowiska, żeby zablokować solidarność energetyczną Europy i strategię uniezależnienia jej od Rosji. A zatem jestem bardzo sceptyczny wobec tego pozytywnego scenariusza. Przy okazji widzę tu gigantyczne zaniedbania polskiego rządu, jesteśmy 3 lata spóźnieni z budową gazoportu…

Czy to co się stało na Ukrainie, to pana zdaniem spontaniczna reakcja Putina na Majdan, którego nikt nie przewidział, czy też realizacja dawno przygotowywanego planu odbudowy imperium?

Nie posuwałbym się tak daleko w swojej skłonności do spiskowej teorii historii, że Majdan został przygotowany przez Władimira Putina. Nie sądzę, żeby to zaplanował. Ale oczywiście błyskawiczny, imponujący sposób koordynacji działań rosyjskich w odwecie za Majdan, ten Blitzkrieg wobec Krymu, może nasuwać podejrzenie, że Rosja była do tego świetnie przygotowana. Ale rozwiązanie tej pozornej sprzeczności jest stosunkowo proste. Putin od kilkunastu lat nastawia swoje służby, swoje państwo, jego armię i gospodarkę na imperialną rekonkwistę. Ćwiczy to na setki rozmaitych sposobów. Dlatego nie traktowałbym wcale lekceważąco tych ćwiczeń, które Putin przeprowadza co dwa lata w ramach manewrów „Północ”, gdzie ćwiczy się np. taktyczne uderzenie nuklearne na Warszawę. Robi to po to, żeby postraszyć Polskę przed ewentualnym blokowaniem tej imperialnej rekonkwisty. Nie twierdzę, że  Wadimir Putin musi uderzać swoją najcięższą maczugą czyli bronią nuklearną. Natomiast twierdzę, że chce zdobywać kolejne kraje. Nie chce ograniczyć się do Krymu, tylko do Ukrainy, ani tylko do terenów dawnego związku Sowieckiego. Chce odzyskać co najmniej dawną strefę wpływów, czyli całą Europę Środkowo- Wschodnią.

Czyli Polskę też?

Oczywiście. Ale i to nie jest koniec. W istocie celem strategicznym, ale formułowanym otwarcie przez otoczenie Władimira Putina jest uzależnienie całej Europy od Rosji. Tak, by przekształcić ją w swego rodzaju zaplecze technologiczno-finansowe imperium rosyjskiego, jedynego imperium, które nie waha się przed użyciem siły. Europa jest bogata. Ma kapitał intelektualny ale nie ma woli. A Władimir Putin pokazuje, że wola wyposażona w silną pałkę i gotowość jej użycia potrafi czynić cuda – to znaczy podporządkować sobie nawet silniejszych. Tak jak to widzimy w przypadku Stanów Zjednoczonych. Sądzę więc, że strategicznym celem Władimira Putina jest – osiągane etapowo – od Krymu, przez Ukrainę wschodnią, potem Litwę, Łotwę,  Estonię, potem Polskę Rumunię podporządkowanie sobie całej Europy. Pewnie jeszcze parę lat to zajmie, może paręnaście – ale to się stanie jeśli zachód się wcześniej nie ocknie.

rozmawiała Anna Sarzyńska

Łupkowy poker

źródło: RadioMaryja.pl, 2014.03.14

Raport zaniechań

W styczniu 2014 r. Najwyższa Izba Kontroli, kierowana już przez nowego prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego, byłego prominentnego członka Platformy Obywatelskiej, opublikowała niezwykle krytyczny raport w sprawie organizacji poszukiwań gazu łupkowego w Polsce. Cała odpowiedzialność za stwierdzone nieprawidłowości wyjątkowo czytelnie spoczywa na rządzie Donalda Tuska, gdyż zerwał on zupełnie z dokonaniami rządu PiS w tej dziedzinie.

Po sześciu latach tej „radosnej” twórczości, w wyniku której udzielono ponad 100 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego, okazało się, że prace geologiczne podjęto na niewielkiej części obszaru objętego koncesjami, i to jeszcze z opóźnieniem. Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli, przyczyna opieszałości przedsiębiorców wynika z niewłaściwych działań administracji rządowej.

W raporcie wyszczególniono długi szereg nieprawidłowości świadczących o legislacyjnej indolencji rządu Tuska. Należy do nich zatrzymanie na etapie uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych nowelizacji prawa dotyczącego poszukiwania i wydobywania węglowodorów oraz opodatkowania tej działalności. Nie powołano nawet pełnomocnika rządu do spraw gazu łupkowego, choć taki urząd został ustanowiony rządowym rozporządzeniem z czerwca 2012 roku.

Rząd Tuska publicznie deklarował priorytetowe traktowanie poszukiwań złóż gazu z łupków, lecz na obiecankach poprzestał. Dość stwierdzić, co wytknęła mu NIK, że w Departamencie Geologii i Koncesji Geologicznych sprawami dotyczącymi koncesjonowania poszukiwań złóż gazu z łupków zajmowały się w latach 2007-2012 zaledwie trzy osoby.

NIK stwierdziła nierzetelne i przewlekłe postępowania administracyjne w sprawie koncesji na poszukiwanie czy rozpoznawanie gazu z łupków prowadzone przez byłego ministra środowiska. Decyzje wydawane były średnio o 100 dni dłużej, niż wymagało prawo, nie traktowano wnioskodawców w sposób równy, rozpatrywano niekompletne wnioski uniemożliwiające sprawdzenie wiarygodności ekonomicznej wnioskodawcy.

– Występujące nieprawidłowości przy udzielaniu koncesji, polegające na dowolności postępowania i nierównym traktowaniu wnioskodawców mogą świadczyć o wysokim zagrożeniu korupcją – stwierdzili kontrolerzy NIK.

NIK zarzuciła również rządowi, że lekkomyślnie rozdysponował cały obszar koncesyjny, co zablokowało na co najmniej kilka lat dostęp innym przedsiębiorcom, naprawdę zainteresowanym poszukiwaniem gazu z łupków. Okazało się, że firmy dysponujące koncesjami wierciły średnio jeden otwór w ciągu roku, a więc raczej symulowały poszukiwania, niż ścigały się, kto pierwszy dotrze do gazu. Nic dziwnego, że wykonano dotąd zaledwie 50 odwiertów, a ponieważ na rozpoznanie polskich złóż potrzeba ich minimum ok. 200, przy obecnym tempie czas potrzebny na osiągnięcie tej wiedzy sięga 12 lat. W konsekwencji po 6 latach prac ekipy Tuska nie doprowadzono nawet do wiarygodnego oszacowania wielkości złóż gazu łupkowego w Polsce.

Najwyższa Izba Kontroli wytknęła również rządowi, że niewystarczająco uregulował proces pobierania i postępowania z próbkami geologicznymi pozyskiwanymi w wyniku wykonywanych otworów wiertniczych. W udzielonych koncesjach nie zapewniono bowiem obowiązku bieżącego przekazywania próbek do państwowego zasobu geologicznego oraz nie określono szczegółowych wymogów co do warunków, technologii, miejsca, sposobu poboru i podziału pobieranych próbek. Próbki geologiczne wywożono w całości za granicę bez wiedzy i zgody organu koncesyjnego. Fatalny był również nadzór nad wykonywanymi odwiertami poszukiwawczymi.

Łupki polityczne

Historia poszukiwań gazu z łupków w czasie rządów Donalda Tuska nie napawa optymizmem. Powołany w 2007 r. na głównego geologa Henryk Jezierski wsławił się rozdaniem nieomal za bezcen i bez sprawdzania wiarygodności firm – co wytknęła Najwyższa Izba Kontroli – ok. 100 koncesji na poszukiwania gazu.

Zdaniem prof. Jędryska, naraziło to Skarb Państwa na stratę około 100 miliardów złotych, które można byłoby uzyskać, gdyby zastosowano opracowaną przez niego strategię polityki koncesyjnej.

Symptomatyczne, że w czasie kadencji Jezierskiego ABW za pomocą podsłuchów wykryła aferę korupcyjną, w której uczestniczyli urzędnicy Departamentu Geologii i Koncesji Geologicznych i Głównego Instytutu Geologicznego oraz przedstawiciele trzech firm starających się o koncesje. Wobec całej siódemki łącznie sformułowano 11 zarzutów o wręczanie i przyjmowanie od marca do grudnia 2011 r. korzyści majątkowych od 13 tys. zł do ok. 55 tys. zł w zamian za udzielanie pomocy przy uzyskaniu koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż gazu łupkowego. Sprawa trafiła do sądu w sierpniu 2013 roku.

Mimo wątpliwych sukcesów Donald Tusk z właściwym sobie optymizmem przed wyborami w 2011 r. roztaczał wizję komercyjnego eksploatowania złóż gazu łupkowego już w 2014 roku. W jego kampanii wyborczej dochody z łupków miały nas uniezależnić energetycznie od Rosji i zapewnić godziwe emerytury seniorom.

Po wygranych wyborach Tusk zmienił Jezierskiego na Piotra Woźniaka, byłego ministra gospodarki w rządzie PiS. Powierzył mu zadanie nowelizacji prawa geologicznego i górniczego zgodnie z potrzebami niekonwencjonalnego górnictwa gazowego. Efekty pracy Woźniaka nie znalazły jednak akceptacji platformerskich decydentów. Projekt nie przebrnął międzyresortowych uzgodnień. Szczególny opór wzbudziła nowa instytucja Narodowego Operatora Kopalin Energetycznych (NOKE), mająca gwarantować kontrolę i zyski państwa z wydobycia gazu.

W tej sytuacji Tusk zdecydował się na kolejne roszady kadrowe. Najpierw w listopadzie ub.r. odwołał ministra środowiska Marcina Korolca, zastępując go finansistą Maciejem Grabowskim, który następnie odwołał Woźniaka, przyjmując na jego miejsce Sławomira Brodzińskiego.

Nowy główny geolog do spółki z nowym ministrem pozbawili już projekt Woźniaka niepodobającego się zagranicznym koncernom zapisu o Narodowym Operatorze, a także zrezygnowali z obarczania firm obowiązkiem dostarczenia pozyskanych w toku prac geologicznych danych i wyników badań próbek geologicznych, uznając, że stanowią one własność intelektualną spółek wydobywczych.

Innym ułatwieniem prac poszukiwawczych ma być ustanowienie w projekcie nowej ustawy jednej koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie i wydobycie gazu z łupków. Miałaby ona zastąpić dotychczasowe odrębne pozwolenia na poszukiwanie i rozpoznanie złoża oraz wydobycie z niego surowca.

Legislacja pod dyktando firm poszukiwawczych ma zapobiec ich exodusowi z Polski. Z polskich łupków zrezygnowało już bowiem czterech światowych potentatów: Exxon, Marathon Oil, Talisman i Eni. Przez ostatni rok liczba czynnych koncesji stopniała ze 113 do 93.

Rok 2014 może się okazać kluczowy dla przyszłości gazu łupkowego w Polsce. W tym roku ważność traci kolejnych 40 pozwoleń na poszukiwania. To od firm zależy, czy podejmą starania o ich przedłużenie. A tymczasem już za rok wybory parlamentarne i plajta w łupkach byłaby kolejnym gwoździem do politycznej trumny Donalda Tuska i Platformy.

 

Adam Kruczek